I have this feeling all the time which keeps coming back to me over and over again, there was something about her, I knew there was something wrong with her, we lived together, it was a massive apartment and we used to light a fire in wood stove which was right next to our bed, a wide sofabed where we'd sleep together. Before we went to sleep we'd have pillow fights and then we'd wrap up well because it was terrible cold at night, and then we'd snuggle up and fall asleep. Then some guy - a Gypsy? a Romanian? - brought a crate of cyanide. He'd brought it over earlier, my first contact with it had been on Żuliński Street. I picked it up, it was a pretty little ball, but my father grabbed hold of my hand, led me to some water, washed my hand and said, 'If you touched this and then licked your hand, you'd die'. So he brought it over to Asnyk Street and left it there in a cupboard. My father told me, 'Explain to Zośka that she's not to touch this; you know what it is'. Yet this poison fascinated her. She was always asking me about it. Then, one day in the winter, it was morning, I must have known something wasn't right, I must have felt it because I woke up and could feel that Zośka was completely cold. I raised my head and I knew that I'd see the cyanide, that ball of cyanide on the chair by our bed where we'd stood our cups of hot tea the night before. Now I had to go to my father. That was unbearably hard. I knew I had to go but I couldn't be seen to be crying in the street because if I cried, people would stop me and ask me why I was crying. This was terribly hard for me. I had quite a long walk to Wzniesienie, I don't remember why, my father was doing something in one of those workshops there, I can't remember what it was, but he must have been on Wzniesienie. I knew I had to go there to my father. I went down to the bathroom, there was a bathroom there but with no hot water, the fire needed to be lit, so I would wash then I'd come back, kiss Zośka, leave and begin to sob on the stairs. I'd come back, close the door, repeat the whole process again, and this happened three times. Finally, I decided to just leave, I washed and left. I had the feeling that I hadn't said goodbye to her. And so I went. I was on my last legs when I got to Wzniesienie. Normally, I would have caught the tram or hitched a lift, but I was afraid all the time that someone would stop me and say something. Then, there was the funeral. There were the three of us: my mother, my mother with Felek in the pram, me and my father. And nothing else, there's no sign left of her. Zofia Czarnecka, a pretend name, a pretend surname. I suspect she invented that surname herself because she was such a Polish patriot and that's why it was Czarnecka. And nothing else, I can't even remember her face any more.
I ja mam takie cały czas poczucie, to wraca ta sprawa do mnie i wraca, że coś z nią, że ja widziałem że jest z nią źle, jak ja z nią mieszkaliśmy razem tam, to było duże olbrzymie mieszkanie i paliliśmy na takiej kozie, przy tej kozie stało nasze łóżko, taki szeroki tapczan, spaliśmy razem, przed tym jeszcze żeśmy się tłukli poduszkami, takśmy się na noc, bo było strasznie zimno, otulali, przytulali się do siebie i zasypiali. I taki facet – Cygan? Rumun? – przyniósł taką skrzynkę cyjankali. On to przynosił już wcześniej, już na Żulińskiego po raz pierwszy miałem z tym do czynienia, złapałem to w rękę, taka ładna kulka i ojciec złapał mnie za rękę, doprowadził do wody, wymył mi rękę i powiedział: "Jakbyś dotknął tego i polizał to umrzesz". No i on to przyniósł i wstawił na tej... w tej Asnyka na takim pawlaczu. Ojciec powiedział: "Wytłumacz Zośce, pamiętaj, ty wiesz co to jest, tego nie wolno dotykać" i Zośkę ta trucizna fascynowała. Ona o to bez przerwy pytała. No i pewnego dnia, zima już była, rano, coś musiało być, ja to musiałem wiedzieć, ja to musiałem czuć, dlatego że ja się obudziłem, poczułem, że ta Zośka jest zupełnie zimna i podniosłem głowę i wiedziałem, że zobaczę to cyjankali, to jajko tego cyjankali na tym krześle przy naszym łóżku, gdzieśmy mieli gorącą herbatę przed tym wieczorem, żeśmy ją pili. No i teraz trzeba było iść do ojca. I to było strasznie trudne. Iść, bo ja wiedziałem, że ja muszę iść i nie płakać na ulicy, a jak będę płakał to mnie zaczepią, ktoś zapyta czemu dzieciak płacze. Strasznie mi było trudno. A musiałem iść kawał drogi na Wzniesienie bo – nie pamiętam dlaczego – w jakimś takim warsztacie, co ojciec tam robił ja nie pamiętam, ale musiał być na Wzniesieniu. Ja wiedziałem, że ja muszę iść na to Wzniesienie do ojca. I zszedłem do łazienki, tam była łazienka, tylko że była zimna woda, trzeba było palić w piecu, więc myłem się, potem przychodziłem, całowałem Zośkę, wychodziłem i zaczynałem beczeć na schodach. Wracałem, zamykałem drzwi, znowu powtarzałem całą tę operację i tak z trzy razy. Wreszcie uznałem że wyjdę, po prostu umyłem się i wyszedłem. Miałem takie poczucie, że się z nią nie pożegnałem. I poszedłem. Na ostatnich nogach przyszedłem na to Wzniesienie. Jak bym normalnie jechał jakimś tramwajem, na cycku jakoś, ja się bałem cały czas, że mnie ktoś zaczepi, coś. Potem był pogrzeb. Szliśmy w trójkę. Mama – mama z Felkiem w wózku – ja i ojciec. I zupełnie nic, żadnego śladu po niej nie zostało. Zofia Czarnecka – i imię nieprawdziwe, i nazwisko nieprawdziwe. Ja tak myślę, że to nazwisko to ona sobie sama sobie wymyśliła, bo ona była taka polska patriotka, a więc Czarnecka. I nic, i nawet twarz mi się zatarła w pamięci już dziś.